Nawiązując do opisów rabczańskiego parku zawartych w 2 części cyklu o sportach letnich w przedwojennej Rabce, publikowanego obecnie na blogu Historia Rabki, aby nie rozmyć całkowicie głównego tematu tam poruszanego, ale też chcąc niejako uzupełnić, poszerzyć i dopełnić te opisy, przedstawiam w zupełnie odrębnym odcinku artykuł dotyczący właśnie rabczańskiego parku, choć nie wyłącznie, zamieszczony w czasopiśmie Kurjer Warszawski z 1933 roku.
Z letnisk i uzdrowisk.
Z Rabki
Park obszerny, rozległy i taki jakby – leśny. Nie wiadomo właściwie, gdzie się zaczyna i gdzie kończy. Drzew liściastych obfitość, a są zakątki z gęstwiną drzew szpilkowych. Gdy iść do krańców, dochodzi się do potoków górskich. Za niemi znów drzewa.
Park leży w zacisznej, wielkiej kotlinie w Beskidach Zachodnich. Zdala widnieją wysokie góry, odcinające się wyraźnie bielą śniegu na szczytach, co leży tu i w dni ciepłe niekiedy. Od północy pasmo Lubonia, nieco ponad tysiąc metrów wysokie, od wschodu wyższy już nieco łańcuch Gorców, sięgających wzwyż nad 1300 m. na szczycie Turbacza i – wdali, często w mgłach ukryta Babia Góra, co liczy 1725 m, nad poziomem morza.
Park leśny również wymierzono. Ma coś około 120 hektarów. Piękny, jak las na swobodzie, ręką ludzką nie krępowany. Nie znaczy to, aby nie było w tym parku wielkich kwietników o przepysznych barwach w pobliżu siedzib ludzkich i trawników strzyżonych i kortów tennisowych i boisk gimnastycznych dla dzieci i młodzieży i pawilonów przeróżnych do użytku ludzkiego, i chodników wygodnych; piękno jednak tego parku polega na tem, iż jest taki właśnie – leśny.
W całym parku rozsiane są budowle mieszkalne i do wszelkiego innego pożytku człowieka, dla posiłku i wypoczynku.
Jest też fragment spory, co już zupełnie las przypomina, z gęstwą drzew szpilkowych, gdzie nad krawędzią, co ma u podnóża potok bystry, stoi pawilon spory, z dachem, a bez ścian na żelaznych filarach wzniesiony, w rodzaju werandy. Widzialny zdala, nie pozwala stwierdzić od razu, jakie ma przeznaczenie.
To – kościół leśny. Kościół zharmonizowany z cąłem otoczeniem i z całą przyrodą. Kościół pod otwartem niebem dokąd dochodzi i łagodny powiew wiatru od wysokich gór okolicznych i zapach żywiczny lasów i gdzie ptak nieraz wpada.
Dopiero w pobliżu da się poznać, iż pawilon przylega do kapliczki z dwoma ołtarzami. Na ławkach i krzesłach, rano i pod zachód, gdy na Anioł Pański biją dzwony, zasiada wielu wiernych. I z ludu w barwnych góralskich strojach i z pośród gości miastowych.
Mają ludzie miejscowi dwa duże kościoły w pobliżu o kilometr najwyżej, w miasteczku Rabce – murowany i nowy jeden, zaś drugi – przepiękny modrzewiowy, bardzo stary, z dachem rozłożystym aż do ziemi, pamiątek pełen, zwiedzany często przez turystów ciekawych.
I jednak – pełno zawsze w tym kościółku leśnym, bez ścian, gdzie jakby silniej się Boga odczuwa i cuda Jego stworzenia i urok drzew starych i ptasząt leśnych świergot. W kaplicy odprawia się codzień msza święta i spowiedź się odbywa.
Tuż przy tym leśnym kościele – druga rzecz niezwyczajna. Księgarnie bez sklepu i bez obsługi. Książki są na półkach, z ceną na nich napisaną. Zamiast kasy – puszka. I napis: kto chce kupić książkę, niech należność do puszki wrzuci.
Urządził to kapłan miejscowy w czasach, gdy tyle się mówi o zepsuciu powszechnem, gdy kradzieże coraz się częściej zdarzają. Widocznie słusznie ufa kapłan we wrodzoną uczciwość człowieka, skoro ta księgarnia leśna wciąż jest czynna. Nie odważą się ludzie na przestępstwo tuż przy kościele. I może ich onieśmiela właśnie ta ufność w uczciwość człowieka.
Ten park leśny i ten kościół leśny – są w Rabce, na połowie drogi między Krakowem i Zakopanem.
Dziwny ma urok ta obszerna kotlina i jej wspaniałe, malownicze okolice. Ten czar przyrody właśnie ściągał tamtych, co do piękna prawdziwego ciągną i bez niego żyć nie mogą. Nie dziwne, gdy mówią gospodarze rabczańscy, iż bywali tu często Tetmajerowie – Kazimierz i Włodzimierz i Jan Kasprowicz i Stanisław Przybyszewski i Władysław Reymont i Teodor Axentowicz, i jeszcze wielu innych zapewne.
Spotyka się tam nad potokami i w zakątkach leśnych ludzi z blejtramem na sztalugach i z paletą w ręku.
X
W wagonach w komunikacji bezpośredniej z miast większych, gość, dążący do Rabki, dojrzy zawsze mnóstwo dzieci. Więcej zawsze dzieci, niż osób dorosłych. Bo już od pół wieku chyba zasłynęła Rabka, jako uzdrowisko dla dzieci. Pełno ich tam wszędzie – w parku i w dalszych partjach, nad potokami i przy basenie, czy na plaży. Dzieci z matkami. Niekiedy z boną, czy inną opiekunką. Nie zawsze matka może dzieciom towarzyszyć. Zdarza się, iż odejdzie przedwcześnie w zaświaty i dzieci ojciec wysyła pod inną już opieką.
Nie tylko jednak dla dzieci Rabka jest wskazana. Mówią o tem i dr. Kazimierz Kaden, co w drugiem już pokoleniu jest Rabki właścicielem i kierownikiem, i dr Teodor Cybulski i burmistrz miejscowy, chirurg, dr. Tomczyk i inni lekarze.
– Niewątpliwie – objaśniają – Rabkę zawsze można uważać za wymarzone i specjalne uzdrowisko dla dzieci, niemniej jednak czyni się tu wszystko, by urządzenia lecznicze Rabki rozszerzyć i dostosować dla leczenia osób dorosłych. Lecząc osoby dorosłe, osiąga się tu doskonałe wyniki tak dzięki warunkom zdrojowo-klimatycznym, jak i wszechstronnym urządzeniom zakładu, które rozszerzają znacznie wskazania rabczańskie.
Wyjątkowo dobre są warunki klimatyczne Rabki. Dla nich to lekarze zalecają tę miejscowość i dla kuracji i dla rekonwalescencji po wielu chorobach i dla wypoczynku ludzi przemęczonych. Czem się te warunki objaśniają? Niestety, jak w ogóle w całym kraju, brak jeszcze ścisłych badań klimatycznych, opartych na nowych podstawach naukowych i to uniemożliwia określenie, jakie czynniki decydują o wynikach. Ale niewątpliwie czynników tych szukać należy w działaniach promieniotwórczych, w zawartości kruszcowej zdrojów jodowo-bromowych, w naładowaniu elektrycznem powietrza i w tajemnicy balsamicznych powiewów.
A oprócz nich – wiedza lekarska, która rozszerza ciągle swój zasięg, by chorym zapewnić jak najskuteczniejszą pomoc.
W Rabce znać na każdym kroku dbałość, by wysokie warunki przyrodolecznicze jak najlepiej wyzyskać dla dobra tych, co z ufnością tam coraz liczniej przybywają.
I – nie doznają zawodu.
G. J.
Kurjer Warszawski z roku 1933.
Na koniec, podsumowując niejako poruszony w artykule wątek naszego leśnego (jeszcze – choć już w niewielkiej mierze) parku, chciałoby się podsunąć organom i ludziom odpowiedzialnym za jego wygląd, stan i kondycję, że nie jest wskazanym, aby ulegać współczesnym trendom i modom poprzez nasadzanie w nim (jak również w innych miejscach miasta) jakichś dziwnych krzewów, obcych dla naszego regionu tui czy pokracznych, innych karykaturalnych drzewiastych form, szczepionych na „patykach”.
Jak bowiem wynika z powyższego opisu, najlepiej sprawdzają się nasze rodzime, tradycyjne drzewa jak lipy, klony, jesiony, buki, dęby, z szpilkowych sosny, świerki, jodły czy modrzewie, a z krzewów bzy czy jaśminy. To one dają bogactwo i różnorodność form, piękno otoczenia, poczucie radości ludziom, schronienie ptakom i różnym drobnym żyjątkom, a jesienią wprost nieograniczoną paletę barw. Nieliczne już niestety relikty takich właśnie starych, długowiecznych drzew w naszym parku są tego najlepszą rekomendacją.
Zatem należało by zwiększyć nasadzenia, przynajmniej w miejscach po tak licznie wyciętych drzewach, po których jeszcze nawet po latach tkwią nie do końca zbutwiałe pnie, po drzewach złamanych czy uschniętych i chorych. Takich miejsc jest w parku mnóstwo, jak zresztą i w innych rejonach miasta (np. – istniejący od lat, niebezpieczny, okolony kostką lej, po rosnącym kiedyś okazałym drzewie na początku ul. Orkana, czy nowo zbudowane i do dzisiaj niewykończone nie wiadomo, co na pewno nie trawnik; przykłady można mnożyć).
Czy tak właśnie powinny wyglądać wizytówki uzdrowiskowego miasta, do którego zdążają (jeszcze) rzesze ludzi złaknionych wypoczynku wśród ożywczej zieleni parkowych trawników, pięknych okazałych drzew dających w upały ożywczy cień, oraz lasów pokrywających okoliczne wzgórza?
Józef Szlaga

.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz