niedziela, 31 stycznia 2016

Rabka-Zdrój w moich oczach (lata 1936 - 47) - cz. 2

R A B K A P O W O J N I E

Niemcy ewakuowali się w końcu stycznia 1945 r., gdy już po piętach deptały im wojska IV Frontu Ukraińskiego Armii Radzieckiej. Zdążyli jeszcze wysadzić wiadukt w Chabówce i spalić kilka budynków sanatoryjnych, m.in. „Konary” i sąsiedni obiekt na ul. Nowy Świat.

Odbudowa wiaduktu na rzece Raba w Chabówce, 1946 rok.
Źródło: http://www.gddkia.gov.pl/pl/a/344/odbudowa-wiaduktu
-na-rzece-raba-w-miejscowosci-chabowka-1946-rok

Na wyzwolonym obszarze poczęły się odradzać formy polskiej państwowości – instytucje życia publicznego, w tym szkolnictwo. Reaktywowane zostało przedwojenne prywatne, Koedukacyjne Gimnazjum i Liceum Dr-a Jana Wieczorkowskiego z 4 klasami gimnazjalnymi i 2 licealnymi. Już w lutym 1945 r. a więc w kilkanaście dni po wyzwoleniu Rabki, uczelnia ta rozpoczęła działalność edukacyjną. Zgłaszali się powracający z konspiracji profesorowie. Uruchomiono druk podręczników i innych pomocy szkolnych. Dzięki owemu zaświadczeniu o ukończeniu 6 klas szkoły podstawowej, moja prośba o przyjęcie do 1-szej klasy gimnazjum została uwzględniona. Znalazłem się w najmłodszej grupie 13-to i 14-tolatków. Natomiast w pozostałych klasach byli chłopcy i dziewczęta nawet 20-to letni, dawni uczniowie tegoż Gimnazjum i Liceum, którym wojna zabrała młodość i możliwość normalnego kształcenia się. Niektórzy mieli za sobą lata walki zbrojnej z Niemcami w różnych ugrupowaniach podziemnych, głównie w Armii Krajowej. Nie wszystkie ich oddziały ujawniły się przed nowymi władzami. Nie rzadko przychodzili na lekcje w partyzanckich battle dressach i z bronią krótką za pasem, której nawet nie starali się ukryć.

Zajęcia odbywały się w oparciu o przedwojenne programy nauczania dla uczelni tego szczebla. Obok przedmiotów ścisłych i humanistycznych, we wszystkich klasach obowiązywała łacina (greki już nas nie uczono) oraz języki francuski lub angielski, według podziału ustalonego przez Dyrekcję dla poszczególnych klas. O nauce języka niemieckiego nikt – ze względu na okropności hitlerowskiej okupacji – nie chciał nawet słyszeć. Rosyjskiego też nie uczono, ponieważ nie obejmowały go programy, a ponadto nie było wówczas w Rabce nauczycieli tego przedmiotu.

Dyrekcja szkoły i grono pedagogiczne stawiały bardzo wysokie wymagania edukacyjne, aby nadrobić ogromne zaległości i opóźnienia spowodowane blisko 6-cio letnią wojenną przerwą, zwłaszcza wśród starszej młodzieży. Panowało więc duże ciśnienie tak ze strony szkoły, jak i domu rodzinnego oraz działającej przy szkole II Drużyny ZHP, zwanej Żółtą Dwójką od koloru chust harcerskich, jakie nosiliśmy. Znane i powszechnie respektowane harcerskie zasady – hasła: Ojczyzna, Nauka, Cnota, doskonale współgrały z systemem kształcenia i wychowania w naszym Gimnazjum i Liceum. Np. za słabe wyniki w nauce Harcerz (a prawie wszyscy należeliśmy do Drużyny) był krytykowany na zbiórce i otrzymywał do pomocy druha mocniejszego w danym przedmiocie.

II Drużyna ZHP w Rabce-Zdroju na Maciejowej, 1946 rok.
1. Józef Szewczyk; 2. Tadeusz Kręcioch; 3. Jan Mlekodaj; 4. Jan Ćwierz;
5. Adam Jurczakiewicz; 6. Władysław Mlekodaj; 7. Jan Knapczyk;
8. Jerzy Klimiński.
Fot. ze zbiorów Józefa Szewczyka.

Wyzwolenie spod hitlerowskiej okupacji wywołało eksplozję uczuć patriotycznych i wielkie ożywienie życia społeczno-politycznego. Wszyscy pragnęliśmy, aby Polska była wolna, silna i niepodległa. Tyle, że drogi do tego prowadzące były bardzo różnie pojmowane, co ujawniało się także na zajęciach z historii, geografii, nauki o świecie i z przedmiotów pokrewnych. Powstały tak wśród grona profesorskiego, jak i wychowanków Gimnazjum, a także wśród naszych rodzin, głębokie podziały polityczno-ideologiczne. Upraszczając, można by owe podziały określić tak, że jedni poszli do lasu, a drudzy poszli na Berlin. Czyli ci, którzy chcieli restytucji Polski w jej przedwojennym kształcie ustrojowo-politycznym i terytorialnym, poparli tych, co zeszli do podziemia, obrali walkę polityczną i zbrojną z nowym porządkiem państwowym, nie bacząc na to, że USA, Anglia i stalinowska Rosja zgodnie, oczywiście bez naszego udziału, przesądziły w Teheranie, Jałcie i Poczdamie o ustroju politycznym i granicach naszej Ojczyzny. Śpiewana była taka piosenka: ”Jedna bomba atomowa i powrócim znów do Lwowa”. Czyli były to de facto zupełnie irracjonalne oczekiwania kolejnej wojny, mimo że narody świata po 6 latach przeżytej hekatomby myślały wyłącznie o pokoju i spokoju. Ci zaś, którzy uwzględniając konieczność historyczną pogodzili się z wykreowanymi przez Roosevelta i Churchilla pod dyktando Stalina realiami geostrategicznymi, poszli nie tylko w przenośni, na ów Berlin, ale jako jedyny, obok Armii Radzieckiej, uczestnik koalicji antyhitlerowskiej zdobyli go, zawiesili na opanowanych obiektach jak np. Siegessäule (Kolumna Zwycięstwa w Tiergarten), biało-czerwone flagi, doszli do Łaby, a następnie wytyczali nowe granice Państwa Polskiego na Bałtyku, Odrze i Nysie Łużyckiej, które ostały się po dzień dzisiejszy i – oby na trwałe - pozostały nienaruszone. Później zaś odbudowywali kraj ze zniszczeń wojennych.

Oczywiście ta linia podziału dała o sobie znać także w naszym Gimnazjum i Liceum. Niektórzy chłopcy ze starszych klas, wywodzący się z partyzantki, byli nadal jedną nogą w owym „lesie”. W dalszym ciągu utrzymywali kontakty ze swoimi kolegami i dowódcami z podziemia, posiadali broń, brali udział w różnych akcjach uznawanych przez nowe władze i ich organy policyjne za zagrażające porządkowi publicznemu i bezpieczeństwu obywateli. Byli więc ścigani, niekiedy musieli uciekać z lekcji po ostrzeżeniu o poszukujących ich funkcjonariuszach MO lub UB i ukrywać się. Ich najbliższych spotykały różne represje. Zgodnie z prawdą historyczną, należy przypomnieć, że na terenie Podhala działały po zakończeniu działań wojennych ugrupowania podziemne o różnej orientacji politycznej i różnym podporządkowaniu organizacyjnym, głównie oddziały „Ognia” i dystansujące się od nich, ale także działające przeciwko nowemu porządkowi ustrojowo-politycznemu, niektóre grupy żołnierzy b. Armii Krajowej, które po formalnym rozwiązaniu tej organizacji przez własne dowództwo, nie zaprzestały konspiracyjnej działalności. Zewnętrzne przejawy aktywności obu ugrupowań były dostrzegalne gołym okiem także w naszym Gimnazjum. Niektórzy chłopcy ze starszych klas mieli już wówczas po 18-20 lat. Wielu z nich działało podczas okupacji w partyzantce. Po wojnie część z nich pozostała nadal w strukturach podziemia, wcale się przed tym nie kryjąc – o czym wyżej. Poprzez nich pewne elementy działań konspiracyjnych przedostały się także do naszej Drużyny i objęły nawet najmłodszych harcerzy z mojego Zastępu „Zbójników”. Zrywaliśmy afisze propagandowe oficjalnych władz w okresie pamiętnego referendum w czerwcu 1946 roku i wyborów do Sejmu w lutym 1947 r. rozklejaliśmy ulotki podziemia. Niektórzy brali udział w zdobywaniu sprzętu wojskowego z jednostek Armii Radzieckiej powracających z frontu przez węzeł kolejowy w Chabówce. Dla części z nich skończyło się to później różnymi represjami karnymi. Godzi się podkreślić, że chłopcy ci, w tym jeden z organizatorów tych akcji, Władek Mlekodaj, zachowali się w śledztwie bardzo dzielnie i godnie. Nie ujawnili żadnych nazwisk pozostałych uczestników tych, pożal się Boże, akcji konspiracyjnych, dzięki czemu uniknęli oni, wśród nich i ja, łatwych do przewidzenia, konsekwencji ze strony organów bezpieczeństwa.

Obok tych, mniej groźnych przejawów działalności konspiracyjnej, pojawiać się zaczęły w Rabce i okolicach akty terroru fizycznego, w postaci zabójstw dokonywanych przez „chłopców z lasu”, głównie „Ogniowców” nie tylko na funkcjonariuszach UB i MO, czy żołnierzach Wojska Polskiego, ale również na Bogu ducha winnych mieszkańcach Rabki, w tym nawet ostrzelanie budynku sanatorium, w którym przebywały na leczeniu żydowskie dzieci uratowane z holokaustu. Co więcej, mordów tych dokonywały grupy zbrojne nawet na członkach swoich organizacji, którzy tylko ujawnili zamiar zaprzestania tej działalności, bo chcieli wrócić do domów, podjąć naukę, ułożyć sobie powojenne życie. Pierwszym wstrząsem, jaki przeżyłem, było zamordowanie naszego kolegi z I klasy, Edka Liszki z Chabówki. Nieco później zastrzelony został Jasiek Dybaś z Łęgów, członek „Ognia”, a w czasie okupacji Żołnierz AK. Darzyłem Jaśka szczególną wdzięcznością, bowiem uratował mnie, kiedy topiłem się w jakimś wykrocie na Poniczance.

Pierwsi powojenni maturzyści szkoły dra Wieczorkowskiego.


Godzi się także gwoli sprawiedliwości i historycznej prawdy podkreślić niezwykle rozumną postawę części rabczańskiego nauczycielstwa i inteligencji skupionych w Kole Przyjaciół Harcerstwa w Rabce w osobach Dr Witolda Żebrowskiego, Mgr Marii Jezierskiej, Haliny Lukasiewicz, Pani Ireny Porzyckiej, Inż. Józefa Grochowalskiego, Dyr. Ferdynanda Balona, Ks. Józefa Hojoła, czy Prof. Edmunda Chodaka, którzy dostrzegali zagrażające nam niebezpieczeństwa na ,,burzliwym terenie Rabki,, i podejmowali działania wpływające ,,uspokajająco na gorące umysły harcerzy i harcerek,,. (Są to cytaty z protokołów zebrań Koła). To w znacznym stopniu dzięki tym najmądrzejszym z mądrych ludzi w Rabce wielu z nas ówczesne wydarzenia i okoliczności nie zaprowadziły do owego „lasu”, a byłoby to bardzo łatwe, lecz skłoniły do nauki i pracy w takim państwie, jakie było, bo przecież w tamtych realiach geopolitycznych inne być nie mogło. Ale bratnia krew lała się nadal.

Katecheta ks. Józef Hojoł,
 kapelan "Żółtej Dwójki".
Źródło: http://www.janowice.info.pl/
Któregoś dnia na przedwiośniu 1946 r. kiedy przyszliśmy do Gimnazjum, dotarła do nas wiadomość, że minionej nocy został zastrzelony w swoim mieszkaniu na Słonem ojciec naszego kolegi z II klasy, Zdziśka Misiaka, nasz nauczyciel PW i WF, Pan Józef Misiak. Po zajęciach, wraz z kilkoma kolegami udaliśmy się do mieszkania PP Misiaków przy ul. Poniatowskiego na Słonem. Zamki u drzwi wejściowych na klatkę schodową i do ich mieszkania, były powystrzelane z broni maszynowej, co dowodziło, że napastnikom tych drzwi nie otwierano. W jednym z pokojów, ujrzałem zmasakrowane, posiekane seriami z pistoletu automatycznego zwłoki Pana Misiaka. Były już ułożone na tapczanie. Przy nich klęczała zrozpaczona Pani Misiakowa ze Zdziśkiem. Do dzisiejszego dnia stoi mi przed oczami ten wstrząsający obraz i słyszę słowa wdowy: „zobaczcie dzieci, co ci bandyci zrobili z moim mężem i za co, że uczył w waszym Gimnazjum?”.

Całe Gimnazjum i Liceum, tzn. zarówno profesura, jak i uczniowie oraz Drużyna Harcerska, wzięliśmy udział w pogrzebie. Zapamiętałem, jak ktoś z mężczyzn wynosił na rękach Panią Misiakową, bo zemdlała podczas opuszczania trumny do grobu.

Było tajemnicą poliszynela, że tej zbrodni dokonali „chłopcy od Ognia”. To był mord jednoznacznie o charakterze terrorystycznym, w celu zastraszenia miejscowej ludności oraz organów Państwa poprzez ukazania, „kto tu, na Podhalu rządzi.”

Z tego co mi wiadomo, Pan Misiak nie był zaangażowany w jakąkolwiek działalność polityczną. Nie należał do żadnej partii. Przybył wraz z rodziną do Rabki w końcowej fazie wojny, ze wschodniej Polski. Sprawcy mordu wzięli zapewne i to pod uwagę, że to nie był ktoś z „miejscowych”, jako że podobne zbrodnie dokonane wcześniej na mieszkańcach Podhala, wywoływały „antyogniowe” nastroje wśród ludności tego regionu. Ówczesna „wieść gminna” wymieniała nazwiska i pseudonimy uczestników owego mordu, ale nie zamierzam ich powtarzać, ponieważ nie wiem, na ile polegało to na prawdzie. Również nie są mi znane wyniki śledztwa w tej sprawie, które z całą pewnością było prowadzone przez nowotarskie organy śledcze. Nie dotarły także do mnie żadne informacje, by ktoś był za tę zbrodnię sądzony. Mogę się jedynie domyślać, że śledztwo umorzono „z powodu niewykrycia sprawców” (stosowana i obecnie formuła procesowa), bo istotnie, mogła istnieć taka zmowa milczenia, jako skutek zastraszenia ze strony ówczesnego „zbrojnego podziemia”, że ludzie po prostu bali się zeznawać, co o tej sprawie wiedzieli, a organy ścigania – nie ustaliwszy konkretnych sprawców zbrodni – nie miały przeciwko komu wnieść oskarżenia.

Ze Zdziśkiem Misiakiem spotkałem się jakoś w drugiej połowie lat 50-tych, kiedy obaj wracaliśmy autobusem z Rabki do Krakowa, ja po odwiedzinach u rodziców, on u matki. Był już wówczas po studiach na UJ i pracował jako nauczyciel matematyki w jakiejś szkole, nie pamiętam, gdzie. Mówił mi, że matka i on wiedzą, kto dokonał mordu na jego ojcu, ale żadnych nazwisk nie wymieniał.

Po pewnym czasie, kiedy jeszcze pełniłem służbę w Marynarce Wojennej, dotarła do mnie, do Gdyni wiadomość, że w Rabce, podczas jakiejś uroczystości z udziałem miejscowej młodzieży, na której przemawiał XY dawny harcerz naszej Drużyny ZHP z lat 1945-48 (zwolniony z więzienia w ramach „popaździernikowej odwilży”) Pani Misiakowa publicznie zarzuciła mu, (podobno nawet go spoliczkowała), że to on był współsprawcą zamordowania jej męża, a zatem nie ma moralnego prawa zajmować się wychowaniem młodzieży. Po tym incydencie, zostało podjęte śledztwo przeciwko XY (wcześniej prowadzone o działalność szpiegowską na rzecz wywiadu brytyjskiego – został bowiem w latach 50-tych przerzucony do Polski z Anglii z zadaniami wywiadowczymi). Dodano do niego wątek mordu dokonanego na P. Misiaku. W jakiś czas później XY zmarł.

Po latach, kiedy byłem Zastępcą Prokuratora Generalnego, Zdzisiek Misiak zapowiedział mi swoją wizytę. Spodziewając się, ze będzie mnie indagował o sprawę XY, ściągnąłem z archiwum akta śledztwa i zaznajomiłem się z nimi.. Wynikało z nich, że poza zeznaniami Pani Misiakowej, brak było innych dowodów potwierdzających uczestnictwo XY w tej zbrodni, przy czym Pani Misiakowi zeznała, że sama na własne oczy go owego dnia nie widziała, lecz „ktoś” jej powiedział o jego obecności „na czatach” pod ich mieszkaniem w dniu mordu. Ten „ktoś” przesłuchiwany w śledztwie już w normalnych „popaździernikowych” warunkach, plątał się w zeznaniach, wreszcie zasłonił się niepamięcią. XY natomiast, stanowczo w śledztwie zaprzeczał, by miał jakikolwiek udział w tej zbrodni, a ponieważ ujawnił szereg akcji ugrupowania „Ognia” w których osobiście i wespół z innymi członkami tej organizacji uczestniczył, a także wskazał wszystkie osoby, które udzieliły mu pomocy, kiedy został przerzucony przez wywiad angielski do Polski, jego wyjaśnienia wydały się prowadzącym śledztwo zasługujące na wiarę. W tej sytuacji, na zasadzie „testis unus – testis nullus” (jeden dowód – żaden dowód), umorzono ponownie śledztwo, tym razem „z braku dostatecznych dowodów winy” (też formuła procesowa stosowana w takich przypadkach przez organy wymiaru sprawiedliwości i obecnie).

Zdzisiek przyjął moje tłumaczenia do wiadomości, ale pozostał przy swoich przekonaniach. A więc, wojna, już po jej zakończeniu, zbierała swoje śmiertelne żniwo. Bezsensownie lała się bratnia krew i to w sytuacji, kiedy Polacy, po latach wojennej hekatomby mieli prawo oczekiwać spokoju i osobistego bezpieczeństwa. I wtedy i dzisiaj nie mogę i nie chcę tego zrozumieć, a tym bardziej usprawiedliwić, bowiem był to najzwyklejszy bandytyzm i barbarzyństwo, mające wszelkie prawne cechy zbrodni, a jeśli zważyć, że działy się one podczas autentycznej wojny domowej, to były to zbrodnie wojenne wg prawa międzynarodowego, nie podlegające przedawnieniu. O teherańskich, jałtańskich i poczdamskich postanowieniach miałem wówczas pojęcie bardzo mgliste. Instynktownie jednak czułem, że owo przelewanie w tym czasie bratniej krwi do niczego, poza kolejnymi cierpieniami ofiar i ich rodzin, nie prowadzi, niczego w układzie geopolitycznym zmienić nie może, natomiast naturalnym dążeniem narodu będzie odbudowa zniszczeń wojennych, uruchamianie gospodarki, rozwój kultury i nauki. Skryte egzekucje nadal jednak trwały.

Obóz harcerski w Rabce-Zaryte.
Fot. ze zbiorów Piotra Romańskiego

Nie wiele brakowało, a również nasza Drużyna padłaby ofiarą bandyckiego terroru w czasie pobytu na obozie za Szczawnicą latem 1946 roku. Któregoś dnia, kiedy wraz z kilkoma harcerzami pełniłem dyżur w obozie, zaś Drużyna z naszym kapelanem, ks. Hojołem poszła do lasu po drewno na wieczorne ognisko, pojawiła się u nas paroosobowa, uzbrojona grupa z furmanką. Byli to ludzie od „Ognia”. W sposób zupełnie bezceremonialny weszli do naszego magazynku żywnościowego i poczęli ładować nasz prowiant na furmankę. W pewnym momencie nadszedł na to nasz Drużynowy i jednocześnie Komendant Obozu, Mietek Jarosławski, wtedy jeszcze student medycyna na UJ w Krakowie. Zażądał od nieproszonych gości wyjaśnienia tego najścia. Wówczas dowodzący grupą, wziąwszy Mietka za kierownika obozu drużyny żydowskiej, (taka istotnie biwakowała w pobliżu) polecił swoim podkomendnym zastrzelić na miejscu „tego parszywego Żyda”. Na szczęście w tym właśnie czasie wrócił ks. Hojoł z pozostałą częścią Drużyny. Jego zdecydowana interwencja zapobiegła tragedii. Dr Jarosławski, potwierdził ten incydent, kiedy po wielu latach spotkaliśmy się w Zakopanem przyznając, że wrócił tego dnia z bardzo, ale to bardzo dalekiej podróży. Zbawienne wkroczenie ks. Hojoła miało i ten skutek, że nasz prowiant, który już niemal w całości był na wozie, wrócił z powrotem do magazynku. Godzi się dodać, że Ks. Hojoł był uprzednio kapelanem oddziałów AK na tym terenie i był znany osobiście żołnierzom tego ugrupowania. Sam też znał wielu z nich, jako że wykonywał wśród nich posługę duszpasterską. Część z nich – o czym już wyżej mowa – przeszło do „Ognia”. Stąd rozpoznał dowódcę zbrojnej grupy napastników, o czym świadczy fakt, że zwrócił się do niego słowami: „Słowik, co to ma znaczyć. To są moi harcerze”. Na co ten – stanąwszy na baczność - odpowiedział: „Księże Kapelanie, widocznie zaszła jakaś pomyłka”. Dowodzi to, że i ów „Słowik” znał osobiście księdza.

Tu moja dygresja. Kilka lat temu, kiedy przypomniałem to zdarzenie w czasie naszego dorocznego spotkania seniorów dawnej Żółtej Dwójki z Gimnazjum i Liceum Dr Wieczorkowskiego, jeden z naszych ówczesnych harcerzy, który wraz ze mną pełnił dyżur w kuchni i podobnie jak ja, był świadkiem tego najścia i tak samo, jak ja był zielony ze strachu, zaprzeczył, by w ogóle takie zdarzenie miało miejsce. Nie zasłaniał się niepamięcią, lecz kategorycznie stwierdzał, że nic takiego się nie zdarzyło. Tak oto tworzą się fałszywe mity i legendy, jako przejaw relatywizmu moralnego i historycznego.

Były i inne bandyckie działania „chłopców od Ognia”. Pani Prof. dr n.med. R. R. nasza koleżanka z I i II klasy rabczańskiego Gimnazjum z lat 1945-46 opowiadała mi niedawno swoje przejścia z „Ogniowcami”. Jej ojciec, przedwojenny oficer WP pełniący służbę w Warszawie, kupił w połowie lat 30-tych posesję letniskową w Rabce, do której na wakacje zjeżdżał na wywczasy z rodziną. W kampanii wrześniowej dostał się do niewoli niemieckiej. Roma z matką pozostały w stolicy, gdzie zastało ich w 1944 r. powstanie warszawskie. Zdołały wydostać się z płonącego miasta i dotrzeć etapami do Rabki. Po ucieczce Niemców Roma, podobnie, jak my, podjęła naukę w Gimnazjum Dr-a Wieczorkowskiego. Obie z matką oczekiwały na powrót ojca z niemieckiej niewoli. Wiedziały, że żyje bowiem przez cały czas utrzymywały z nim kontakt korespondencyjny. Pewnego dnia grupa „od Ognia” wtargnęła do ich rabczańskiego mieszkania i pod groźbą rozstrzelania, zrabowała im wszystko, co zdołały wynieść z powstania, zwłaszcza biżuterię, dolary i nieco lepszą odzież. Po powrocie ojca z niewoli wolały natychmiast powrócić do ruin Warszawy, niż narażać się na kolejne wizyty „chłopców od Ognia”.

Kontynuując ten temat trzeba też przyznać, że odpowiedzią organów ścigania na te i inne akty terroru, było nasilenie represji w stosunku do rzeczywistych, jak i domniemanych sprawców, a nawet miejscowej ludności, podejrzewanej, nierzadko bezpodstawnie, o udzielanie pomocy zbrojnemu podziemiu. I w ten sposób zamykał się ów zaklęty krąg, znaczony kolejnymi, śmiertelnymi ofiarami.

Harcerze "Żółtej Dwójki" podczas wycieczki na Turbacz.
Fot. ze zbiorów Tadeusza Klimińskiego.

Dla tych kolegów z rabczańskiego Gimnazjum i Drużyny Harcerskiej, którzy byli zaangażowani w działalność podziemną, sytuacja stawała się coraz bardziej niebezpieczna. Zaczęli więc indywidualnie i zbiorowo opuszczać kraj i przedzierać się na Zachód. Niektórym udało się nawet jakoś urządzić i zapewnić sobie przyszłość. Np. Staszek Skowroński, syn miejscowego organisty, po przedostaniu się do Stanów Zjednoczonych, wstąpił do US Army, został oficerem, brał udział w wojnie koreańskiej. Został tam ranny i jako inwalida wojenny armii amerykańskiej, wiódł później życie weterana w nowej ojczyźnie. (Ta wzmianka jest oparta o osobiste relacje jego młodszego brata Aleksandra, też członka naszej Drużyny Harcerskiej). O innych słuch zaginął.

Warszawa,  październik 2015 r. 
Józef Szewczyk

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza